Mój blog traktuję jako płaszczyznę komentowania otaczającej mnie rzeczywistości, a także jako pewną formę eksperymentu, zabawy oraz pamiętnika. Można tutaj poczytać o tym co mnie interesuje, inspiruje i irytuje.
Zapraszam.
1 sierpnia 1944 roku to ważna data w historii Polski. O tym dniu należy pamiętać i godnie uczcić, a także oddać się refleksji nad sobą. Myślę, że nie warto roztrząsać tematów czy warto było wtedy umierać za wolność, ale zastanowić się nad swoją tożsamością i odpowiedzieć na kilka ważnych pytań, kim ja teraz jestem i jak identyfikuję się ze społeczeństwem, co to znaczy być Polakiem, ile tego Polaka jest we mnie? Pytania możemy oczywiście mnożyć, ale nie o to chodzi. Kwestia jest też taka, czy ja jeszcze potrafię zadać sobie którekolwiek z tych pytań...?
***
Edward Chudzyński, uczestnik walk w Powstaniu Warszawskim, podczas którego został ciężko ranny, napisał wiersz Sierpień:
Sierpień dziś w mieście rozgorzał,
Na piętrach, dachach, w piwnicach,
Promienny i krwawy jak zorza,
Radością pogonił w ulicach. (...)
Warszawa rzuciła swe dzieci
Po jutra wolnego nadzieję.
***
O Powstaniu Warszawskim powstało wiele utworów muzycznych. Oto kilka z nich...
A więc na początek niesamowici Szwedzi z grupy Sabaton w utworze Uprising...
oraz Agressiva 69 wykonująca utwór Schodząc autorstwa Tadeusza Gajcego...
Stało się. Jest nowe życie. Tydzień temu we wtorek 17 lipca o godzinie 20.00 urodził się nam drugi syn - Adam. Tak więc życie nabiera nowych kolorów i barw ;)
TVN24 przerwała program Loża Prasowa, w którym najważniejsze wydarzenia na scenie politycznej komentują dziennikarze i publicyści, by nadać konferencję Krzysztofa Rutkowskiego. Stacja ta nie ma może wielkiej oglądalności, ale jest telewizją opiniotwórczą, którą często i gęsto cytują inni. Kiedy beznamiętna gęba detektywa (bez licencji) pojawiła się na ekranie, to pewnie nie jeden sobie pomyślał, że wydarzy się coś sensacyjnego i godnego uwagi.
Oczywiście nic takiego nie stało się, widzowie po raz kolejny byli świadkami nekrofilii uprawianej przez Rutkowskiego, nie wspominając o fakcie podgrzewania niezdrowych emocji, a także braku jakiejkolwiek logiki w organizowaniu takiej konferencji. Media, żeby jakoś funkcjonować opowiadają nam historie, które coraz częściej i mocniej uderzają w emocje. Takie problemy zwiększają oglądalność i dlatego się je nadaje – stwierdzili jedni dziennikarze. Inni dziennikarze i publicyści zaczęli wieszczyć koniec dziennikarstwa. Nastąpił totalny chaos, pomimo tego, że nie ma upału. Na to wychodzi, że histeria to zupełnie normalna rzecz w świecie dziennikarzy.
Według mnie zabrakło zdrowego rozsądku i racjonalnego podejścia do tematu. Zamiast zlać celebrytę Rutkowskiego i pozwolić serwisom plotkarskim sobie na nim pojeździć to stacja, która uważa się za poważną przejmuje ich rolę. Konkluzja jest więc taka, po co dyskutować o problemach, jak lepiej pokazać zblazowaną twarz idioty w telewizji, który śmierć dziecka wykorzystuje na zwiększenie swojej popularności, a telewizja przy okazji oglądalności – bezkrytycznej widowni…
A może trzeba odpocząć od telewizji. Racja, bo to jest dobra sugestia.
***
Ostatnio odsłuchałem sobie kilka płyt Republiki, oprócz kilku wielkich przebojów to dzisiaj najbardziej zapadł mi w pamięci utwór Mamona... Grzegorz Ciechowski potrafił komentować otaczającą jego rzeczywistość, szkoda tylko, że nie doczekał się on godnego następcy.
Przyznam się, że do wielkich fanów jakiejkolwiek dyscypliny sportowej nie należę, jednak lubię sport z pozycji widza, który "wirtualnie" wskakuje w skórę zawodnika walczącego o zwycięstwo i upragnioną nagrodę.
Jestem pod wielkim wrażeniem tego co dokonała nasza tenisistka Agnieszka Radwańska, pomimo przegranej z Sereną Williams, stała się dla mnie ikoną tego turnieju ponieważ udowodniła, że warto wspinać się szczyty kariery pomimo wielu wyrzeczeń i przeciwności losu. Nic od razu się nie udaje, trzeba ciężko pracować. Nie każdy może być drugą rakietą na świecie, Agnieszka jest i to cieszy.
Kariera sportowa ma też i te ciemne strony, ale warto również cieszyć się z sukcesu polskiej drużyny siatkarzy. Chłopaki rozgromili w ostatnich meczach swoich rywali i zostali mistrzami świata, a przy tym pokazali prawdziwego ducha sportu drużynowego. Mam nadzieję, że jest to przedsmak tego co będzie działo się na olimpiadzie w Londynie, nie wspominając o innych wydarzeniach sportowych w bliższej lub dalszej przyszłości. Apetyt się zaostrza...
Jakkolwiek mówiąc te sukcesy są wspaniałym remedium na dosyć słabe wyniki piłkarzy na EURO 2012. Nie należy tej drużyny przekreślać i puszczać z torbami, nie wspominając o przezywaniu niektórych zawodników od farbowanych lisów. Piłkarze mają potencjał... i wszyscy o tym wiedzą. Dobrze, że sukcesy Radwańskiej i siatkarzy nieco rozjaśniły poszarzałe twarze kibiców. Nasi sportowcy w symboliczny sposób udowodnili, że Ziemia nadal kręci się wokół Słońca… czyli sport nie ogranicza się do piłki nożnej. Choć ostatnio słyszałem w mediach i opiniach przypadkowo spotkanych ludzi, że nie ma czym się podniecać, kiedyś i tak komuś powinie się noga, a w efekcie przegra. Poraża mnie swoisty brak wiary w człowieka, nie powiem, że w sportowca – choć i on człowiek. Sianie defetyzmu to chyba polska norma... którą ciężko wyrugować.
Zastanawiające jest to, że Polacy zawsze muszą narzekać i sukcesy, nawet te drobne, sprowadzać do porażki. Radość z sukcesu jest traktowana jako coś nienormalnego, czy też wręcz niebezpiecznego. Na to wychodzi, że porażka jest tradycją. Czas to zmienić, doceńmy wysiłek sportowca i zmieńmy swoje nastawienie… czuję, że coś zmienia, oby na dobre. Pożyjemy, zobaczymy.
Na koniec zacytuję fragment z książki autorstwa Edwarda Redlińskiego zatytułowanej Szczurojorczycy (z 1997 roku), z którym można nawet się nie zgadzać, ale ile w tym (niewygodnej?) prawdy... proszę, oceńcie… Słowem wyjaśnienia Szczurojorczycy to grupa polskich emigrantów świętujących Wielkanoc w Nowym Jorku. Jedzą, piją, dyskutują, a Lojer (jeden z bohaterów) poucza rodaków, że jeśli chcą jakoś urządzić się w Ameryce czy gdziekolwiek w cywilizowanym świecie, muszą coś zrobić z polskim twarzami i nie tylko… (…)Lojer nie zgadza się z Profesorem, że Amerykanie udają szczęśliwych. Oni nie udają szczęśliwych – oni są szczęśliwi. Dlaczego? Bo lubią to swoje szczęście i… nie chcą innego. A wy Polacy? Wy umiecie małpować czyjeś szczęście. Swoje szczęście wymyślili Szwajcarzy, Czesi, Finowie. Nawet – Rosjanie. A wy tylko modlicie się, skomlicie – i włóczycie się po świecie, strasząc swoimi smutnymi mordami! Te wasze obozy, cmentarze… Pomniki, rocznice! A wyburzyć! A porobić parkingi! A wymyślcie wreszcie swoje polskie niemałpowane szczęście!
Dla podniesienia na duchu proponuję posłuchać zespołu Proletaryat i ich przeboju sprzed wielu już lat Ziemi Sól...
To my ziemi naszej sól Z brudnych dzielnic i zapadłych dziur To ulica naszą matką złą Sami w sobie mamy własny dom
Ref.: Hej my nie damy nigdy się Hej nie złapiecie nas za łeb Hej nie zniszczycie marzeń, nie Hej chcemy żyć jak nam się chce
To my ziemi naszej sól Mrowie jeżów i wytartych skór To hołota mówią o nas tak Kto z nas przegrał to pokaże czas
Ref.: Hej my nie damy nigdy się Hej nie złapiecie nas za łeb Hej nie zniszczycie marzeń, nie Hej chcemy żyć jak nam się chce
O tym chyba każdy dobrze wie, że bez muzyki byłoby nudno na świecie. Zawsze czegoś się słucha. Jedni starają się być z nowościami na bieżąco, bojąc się o to, że nie podążą za modą, jeszcze inni zamykają się w jednym stylu bądź okresie muzyki, odrzucając wszystko to co nowe. Jedno jest pewne ortodoksom i muzycznym outsiderom żyje się gorzej, ale ja podziwiam ich za fascynację i upór. Natomiast tym co oddają się coraz to nowszym trendom współczuję, bo nie wiedzą co tracą. Ja z moimi "zainteresowaniami" jestem gdzieś po środku i podchodzę do tego wszystkiego z umiarem.
***
Wiadomo każda dekada ma swoją ikonę mody i styl. Tym razem, na krótko, chcę zahaczyć o lata siedemdziesiąte XX wieku, które były okresem ugruntowywania się kilku gatunków współczesnej muzyki, a w szczególności muzyki elektronicznej, wchodzącej wtedy do kultury masowej. Zaczęło się to wszystko w 1974 roku, kiedy to niemiecki zespół Tangerine Dream wydał album Phaedra, pierwszy z gatunku muzyki elektronicznej, który trafił do szerszej publiczności na tyle, by znaleźć się na ówczesnych listach przebojów. Z kolei rok 1976 był dla tego gatunku przełomowym bowiem ukazał się wtedy album OxygeneJeana-Michela Jarre'a, swoiste koło zamachowe tego gatunku. Warto jeszcze wspomnieć o innych albumach z tego okresu, które osiągnęły sukces, a więc nieśmiertelne muzyczne dzieła, Autobahn wydany w 1974 oraz Die Mensch-Maschine z 1978 zespołu Kraftwerk.
***
Żeby poczuć smak tamtych lat oraz usłyszeć rodzący się wtedy gatunek muzyki elektronicznej to polecam utwór Ricochet Part One wykonany przez Tangerine Dream... bardzo elektroniczny i psychodeliczny.
Jest duszno i gorąco, pot człowieka zalewa, choć krew również, ale trzeba dalej jakoś trwać. Dzięki tej pogodzie przypomniała mi się pewna historia... w lipcu 1987 roku antykomunistyczna Pomarańczowa Alternatywa podjęła się spektakularnej akcji. Trzynastoosobowa grupa młodych ludzi odzianych w koszulki z literami układającymi się w napis "Precz z upałami" wyległa na zalane gorącym słońcem wrocławskie ulice. Ten żywy "transparent" zachowywał się w dość nietypowy sposób, bowiem od czasu do czasu literka "U" miała lekką przypadłość. Bumelantowi kryjącemu się pod literką "U", nudziło się stanie w pełnym słońcu i co jakiś czas gdzieś się gubił. To wprawiło w niemałe osłupienie otaczających demonstrantów milicjantów, trzymających w swoich rękach pewien atrybut władzy, który z upałem nie miał za wiele wspólnego. Milicja obywatelska ze szczególną uwagą traktowała wspomnianą literkę "U". Kiedy tylko jej właściciel znikał, w pobliżu pojawiał się patrol milicji, aby sprawdzić czy przypadkiem nie doszło do zniewagi munduru. Okazywało się, że kryzys był szybko zażegnywany, a literka "U" trafiała na właściwe miejsce w wyrazie "upałami". Oczywiście do czasu odejścia ówczesnych czujnych stróżów prawa.
Większości akcji Pomarańczowej Alternatywy kończyła się tym, że uczestnicy zostali zatrzymani, następnie skrupulatnie przesłuchani, a później z braku podstaw do aresztowania, zwolnieni do domów.
No tak te czasy już nigdy nie powtórzą się, ale warto wspomnieć o tym jak ćwierć wieku temu walczono z absurdem.
***
Kto dzisiaj, podobnie jak Pomarańczowa Alternatywa, wyszedłby na ulice protestując przeciwko komuś lub czemuś, w tak wymyślny sposób? Pewnie by się znalazł jakiś człowiek, jednak standardy się zmieniły. Obecnie mamy styl bardziej konfrontacyjny i bezpośredni. Bez ogródek wytykamy władzy jej błędy oraz wyrażamy nasze niezadowolenie z sytuacji, w jakiej nam przyszło egzystować. Niestety z coraz mniejszym skutkiem.
***
Milicyjne pały zostały zastąpione innymi atrybutami władzy, które niekoniecznie z władzą mają wspólnego. Pomimo dosadności przekazu protestujących, ich głos ginie w jakiś głupich procedurach, o czym świadczy na przykład sprawa ACTA. Działacze (?) społeczni, sportowi, no i politycy czynią to notorycznie i niczym choroba w postępie geometrycznym przechodzi na innych, mniej lub bardziej świadomych powagi sytuacji w jakiej się znaleźli. Ewidentne kłamstwa są przekształcane w błahą pomyłkę, tudzież przejęzyczenie. Były i obecny premier powiedzieli, co im przystało o EURO 2012, dla jednego to była porażka, a dla drugiego sukces. Dwa odrębne zdania, niczym dwa bieguny. Karmienie kłamstwem weszło, co niektórym tak w krew, że nie wiedzą, co bredzą. Nie chcę się roztrząsać na szczegółami. Ale wiadomo jest gorąco i duszno, a upał szkodzi. Jakże jaskrawym przykładem tego jest również Grzegorz Lato i jego deklaracja, że odejdzie z PZPN, jeśli nasze piłkarskie orły nie wyjdą z grupy. No i nasz wspaniały Grześ, który pewnie również ugotował się w tym upale, nie przyznaje się do tego, co powiedział. Pewnie klimatyzacja mu padła w samochodzie. Żenada i tyle. Powiem tylko tyle, że w ten sytuacji należałoby postąpić na wzór legendarnej Pomarańczowej Alternatywy i stanąć przed siedzibą PZPN z transparentem "Ogłośmy koniec Lata". Może wtedy by ten upał zelżał, kto wie.
***
Przerażające, ale PZPN kojarzy mi się z PZPR... to pewnie przez ten upał i duchotę.
***
W tym upale warto schronić w krzakach i w tym nam pomoże legendarna grupa Krzak w utworze zatytułowanym... Krzak. Polska muzyka ma swoje uroki i nie ma czego się wstydzić.
W mediach wybuchła kolejna wojna, której to rozstrzygnięcia oczywiście nie ma. Denne żarty Michała Figurskiego i Kuby Wojewódzkiego na antenie radia Eska Rock na temat Ukrainek przekłuły nadęty balon antagonizmów i frustracji, który to rozlał swoją zawartość na Polaków i nie tylko. Tak oto rozpoczęła się debata, jedni dosadnie krytykują, inny usprawiedliwiają autorów tych dowcipów - jeśli oczywiście można je tak nazwać. Pomyje się rozlewają, a ludzie się w nich nurzają bez opamiętania, niczym krokodyle pożerające swe ofiary w płytkich i bagnistych korytach rzek na Florydzie. Kwestia odpowiedzialności pozostała na szarym końcu, nie wspominając jak nudne jest gadanie o moralności. Jesteśmy świadkami zdziczenia dyskursu medialnego. Okazuje się, że mamy wielu ekspertów i każdy z nich ma swoje zdanie. Niesamowite. Żart potępiam, bowiem z rzeczonym absurdem o którym Kuba Wojewódzki mówił, nie ma nic wspólnego. Pewnie mu się definicje pochrzaniły. Jakkolwiek mówiąc niezwykle łatwo rozjuszyć ludzi barowym dowcipem. Media to oczywiście podgrzewają i wzmacniają, bowiem bez ogródek publikują i cytują w całości teksty Figurskiego i Wojewódzkiego w bezsensownym kontekście. I powiem, że to wszystko jest bez sensu, powstał hałas, który zagłusza poważniejsze sprawy. Ale co tam lud musi być czymś karmiony. Błazen zrobił swoje, a król jest zadowolony... rząd w tym szumie szykuje zmiany kilku ważnych ustaw, zabiera podatki i ulgi a my się gryziemy po dupskach niczym psy na przedmieściu o kawałek świńskiej kości. Mam nadzieję, że żadnej świni nie obraziłem...
Lady Pank w utworze Fabryka małp podpowie nam jak traktować ten temat...
Sportowe emocje opadły, Polskie Orły daleko nie zaleciały, pocieszenie jest takie, że są to jedyne mistrzostwa z których nie wracamy do domu. Dowcipnie i sarkastycznie, ale nie należy popadać w depresję, jak to niektórzy fanatycy footballu, którzy po przegranym meczu z Czechami skakali z wrocławskich mostów do Odry. Choć dodam, że sącząc sobie w sobotni wieczór na balkonie zimny złocisty trunek, byłem świadkiem jakże niezwykle perwersyjnej radości, grupka orłów śpiewając koszarowe szlagiery, pokrzykiwała radośnie - "dobrze, że Ruskie odpadły", "kacapy do domu" i wiele innych mniej lub bardziej podkreślających jakże gorące uczucia skierowane do braci zza wschodniej granicy. Co tam, duch tolerancji w polskim narodzie nie ginie. Sport, sportem tu się liczą umiejętności i odrobina szczęścia, czyli tak jak to bywa w każdej dziedzinie życia.
***
Ale nie samym sportem człowiek żyje. Są jeszcze książki i muzyka. Od kilku tygodni przebijam się przez dosyć kontrowersyjną pozycję autorstwa Idith Zertal Naród i śmierć - zagłada w dyskursie i polityce Izraela. Świetna książka dla tych, których interesuje kwestia rozstrzygnięcia problemu antysemityzmu w pryzmacie dyplomatycznych zabiegów, a także narzędzi ekonomicznych i militarnych. Tematy jakie porusza autorka są w pewien sposób bliskie nam Polakom, bowiem opowiada ona nam między innymi o znanym nam z historii kulcie śmierci za sprawę oraz o klęsce przeobrażonej w moralne zwycięstwo. Od wielu lat nie potrafimy konstruktywnie nad tymi sprawami dyskutować i po prostu rozliczyć się z nimi, niestety nadal boimy się tej materii dotknąć. Może potrzeba jeszcze jednego, dwóch pokoleń. Warto jednak nad tym wszystkim się pochylić i wyciągnąć pewne wnioski. Oby dobre i przydatne...
***
No tak a muzyka gra, ale w innym kontekście niż sobie wyobrażacie, niejaki Tymon Tymański, Robert Brylewski oraz Grzegorz Halama pracują nad wiekopomnym dziełem, filmem o dosyć przekornym tytule "Polskie gówno" - czyli w wolnym tłumaczeniu Polish shit... Owi prowokatorzy i niezłomni weterani polskiej sceny kabaretowej oraz alternatywnego i podziemno-garażowego grania mają zamiar podsumować polską scenę muzyczną. Dziennikarze czują w tym wielką prowokację, ale jak zapowiadają autorzy będziemy świadkami zmagań ekipy Tymańskiego z gnuśnym i byle jakim polskim show-biznesem, czyli to będzie swoista walka z wiatrakami. Jakkolwiek mówiąc staram się skontaktować z Tymonem Tymańskim w celu przeprowadzenia krótkiego wywiadu. Jeśli uzyskam zgodę na publikację choćby kilku zdań to oczywiście podzielę się tym z wami.
***
A dla przypomnienia Armia i jej nieśmiertelny utwór Niezwyciężony z płyty Legenda wydanej w 1991 roku. Wykonanie koncertowe ale za to nadal oddaje ducha tamtych czasów...
Nasz wielki imperator Donald Tusk triumfuje, dokonano dzieła niesłychanego, wręcz epokowego, bowiem udało się (nam?) połączyć pięć odcinków asfaltu w jedną całość...Drżyjcie rebelianci, nasza Gwiazda Śmierci, czyli autostrada A2, działa, no prawie, ponieważ do wschodniej granicy reszty nie pociągnięto. Ale co się przejmować, tam też dojdziemy. Przynajmniej stolica naszego kraju jest połączona ze światem... a do tego jeszcze trawa jest przycięta na stadionach zgodne z normami, ponieważ od dziś piłka idzie w ruch. Władza się cieszy, lud się cieszy, są przecież igrzyska i piwo...
Dobrze, że człowiek słucha radia, bo od czasu do czasu wpadnie mu do ucha coś ciekawego. Tym razem z głośników popłyną Woodkid, czyli Chłopiec z drewna, w utworze Run Boy Run. Ów Woodkid to niepozorny francuz o niezłym głosie i pomyśle na muzykę. Urodzony w Lyonie Woodkid, czyli Yoann Lemoine, jest człowiekiem, który zajmuje się nie tylko muzyką ale i reżyserią, pisaniem piosenek oraz grafiką.
Co do warstwy muzycznej to mamy okazję usłyszeć trąbki, bębny i kilka innych prostych instrumentów. Jakże banalnie prosta recepta na dobry i świeży utwór, nie wspominając o pozyskaniu fanów. Jakkolwiek mówiąc od pewnego czasu furorę w sieci robi teledysk do wspomnianego utworu. Klip wyreżyserował sam Woodkid we własnej osobie, który potrafi umiejętnie bawić się obrazem. Stworzył wartą uwagi muzykę i połączył ją z obrazem nasyconym czernią, bielą, minimalizmem i zwolnieniem tempa. Reasumując świetnie zrealizowany teledysk do sugestywnej muzyki.
Ostatni tydzień miałem tak zakręcony, że nie skończyłem kilku tematów, które są niezwykle ciekawe, jak między innymi historia pewnego Ślązaka, który uciekł z obozu koncentracyjnego w Gusen, ale o tym kolejnym razem.
***
Dzisiaj obudził się we lokalny patriotyzm. Po lekturze jednej z gazet dosyć mocno poirytowałem się ostatnią wypowiedzią Marszałka Piotra Całbeckiego przekonującego, że Bydgoszcz nie powinna być miastem centralnym planowanej w (nie wiadomo jak jeszcze dalekiej) przyszłości metropolii w Województwie Kujawsko-Pomorskim i dodaje, iż najlepszym rozwiązaniem dla regionu jest stworzenie tzw. duopolu – czyli dwumiasta. No i do tego momentu byłoby jeszcze zrozumiałe, iż Całbecki chce jakiejś debaty dotyczącej rozwoju największych miast w województwie. Niestety argumentacja, jaką się posłużył Marszałek województwa jest szczytem bezczelności i inaczej tego nie można nazwać. Twierdzi on, że z analiz rządowych wynika, iż Toruń zalicza się do miast klasy A, z uwagi m.in. na wielkość, jakość życia, potencjał akademicki oraz atrakcyjność. Natomiast Bydgoszcz jest miastem klasy B, pomimo tego, że jest większym ośrodkiem. Całbecki podkreślił, iż to są obiektywne wskaźniki. Cokolwiek te klasy znaczą, nie wspominając o doborze rzekomych obiektywnych wskaźników, zamiast zbliżenia największych miast w regionie, to ponownie jesteśmy świadkami budowy muru pomiędzy nimi. Taka wypowiedź powinna równać się dymisji obecnego Marszałka, który tak właściwie jest odpowiedzialny za całe województwo, a nie tylko za Toruń. Z tego również wynika, że Całbecki myśli, iż Toruń skupia w sobie wszelkie możliwe atuty, a reszta to dziki interior, nad którym należy zapanować. Tak oto dyskusja o możliwościach i ewentualnym rozwoju województwa zeszła ponownie na psy i wzmacnia niepotrzebne antagonistyczne nastroje. No chyba, że Całbecki pomylił się z kategoriami prawa jazdy, czyli A na motocykl, a B na samochód.
Jestem ciekaw jak długo ów Marszałek ślęczał nad swoimi memuarami, żeby wybuchnąć tak bezczelną kreacją. Jakkolwiek mówiąc temu Panu jeż dziękujemy.
A na zakończenie zacytuję klasyka zakręconego felietonu Tymona Tymańskiego polityka, sralityka - to tylko moje zdanie.
***
Grupa Kazik Na Żywo w utworze Plamy na słońcu wyjaśni co tak właściwie porobiło się z tą krainą złą...
Na szczęście nasi politycy nie wywołali wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Jakkolwiek na to nie patrząc, po prawej, lewej a nawet po środkowej (jeśli takowa istnieje) stronie sceny politycznej wrzało, czy wręcz kipiało. Byliśmy świadkami gorących patriotycznych uniesień, w niektórych przypadkach podszytych arogancją, agresją i chamstwem - tych którzy chcieli zaistnieć w medialnym świecie i przypomnieć społeczeństwu o sobie.
Na szczęście padły słowa Dear Mr. President, I regret the error... i git majonez. Prezydent Barack Obama pokazał klasę, wykonał ważny gest, który zamknął dyskusję na temat "polskich obozów śmierci" i jednoznacznie odciął się od tego niefortunnego sformułowania. Premier Donald Tusk widocznie ukontentowany wypowiedzią Obamy dorzucił swoje trzy grosze i powiedział, że nie spoczniemy, dopóki ostatecznie nie wyplenimy tego złego nawyku niektórych wypowiedzi... cóż zabrzmiało groźnie ale stanowczo. Ciekawe kogo miał jeszcze Donald na myśli? Czyli jednym słowem wszystko wróciło do normy, a jedyny i prawdziwy Polak - czyli wódz Jarosław Kaczyński nie przyjął zaproszenia od Tuska na obiad i wspólne oglądanie EURO 2012. Krążą plotki, że sam zaczął gotować i kupił telewizor.
***
Cokolwiek by się działo na świecie najlepszym remedium na problemy współczesności jest muzyka. Niech na otarcie łez zabrzmi utwór No More Tears wykonany przez Ozzy'ego Osbourne'a, który nie jedną gafę w życiu popełnił.
Powiem tak, my to mamy (nie)szczęście... Polska i Świat żyje wpadką Prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy. Popełnił on lapsus, jakich mało, bowiem podczas wręczania Prezydenckiego Medalu Wolności, honorując pośmiertnie bohatera polskiego podziemia Jana Karskiego, powiedział, iż kurier podziemia AK „został przeszmuglowany do Getta Warszawskiego i polskiego obozu śmierci”… wiadomo chodziło nazistowski. Jednym słowem wtopa jakich mało i zgodzę z komentarzem amerykanisty Zbigniewa Lewickiego, że „Prezydent wielkiego mocarstwa dał nam w twarz”, oczywiście metaforycznie. Jakkolwiek mówiąc, słowa niefortunnie wypowiedziane przez Prezydenta Obamę w pewien sposób obrazują zbiorową świadomość i wiedzę amerykanów na temat holokaustu, nie wspominając o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Pomimo tej wpadki nie należy popadać w jakieś paranoidalne i skrajne klimaty, jakimi zaczęto nas częstować, które podkreślają jedynie „zaściankowość” pewnych polityków i komentujących dziennikarzy. Nie mam zamiaru nikomu słodzić, ani pouczać, ale ci co tak teraz w wielkim oburzeniu krzyczą, niech pomyślą nad tym co sami wygłaszają i czy nie idą za daleko ze swoimi sądami. Doza zrozumienia i wyważone słowa z naszej strony, a przeprosiny z drugiej powinny wystarczyć… Łatwo przekroczyć pewne granice i zepsuć stosunki. Natomiast laureat pokojowej nagrody Nobla powinien orientować się chociaż trochę w temacie...
##
Tak na przekór Prezydentowi Barackowi dedykuję niegdyś kultowy utwór z drugiego album polskiego zespołu rockowego Piersi wydanego w 1993 roku – My już są amerykany... przecież nikt nie chce być złośliwy a atmosferę trzeba jakoś rozładować.
Emocje sportowe coraz większe i o to właśnie chodzi. Dzisiejszy mecz polskiej reprezentacji ze słowacką drużyną pokazał nam, na co naszą ekipę stać. Ogólnie rzecz mówiąc, można dojść do wniosku, że chłopaki sobie pograją podczas EURO. Oby jak najdłużej i żeby znaleźli się jak najbliżej finału. Tyle o sporcie... prawdziwym. Niestety w ostatnich tygodniach piłka nożna kojarzy mi się ze zblazowanymi twarzami Grzegorza Lato i Jana Tomaszewskiego, którzy robią sobie permanentne jaja, obrażając każdego, kto im się nawinie. Zapomnieli, że tym postępowaniem zniżają się zachowań kiboli lejących się po ciemnych ulicach miast, a do tego demolujących stadiony. Tym panom ja dziękuję i należy zmienić twarz polskiego sportu. Sądzę, że to ostatnie lato pana Grzegorza, a w tym upale Tomaszewski i tak się dawno spalił...
***
The Final Countdown grupy Europe dedykuję każdemu, kto lubi się dobrze bawić...
Dwa dni temu 8 maja minęła 67 rocznica końca II wojny światowej. Pomimo tego, iż minęło tyle lat, to warto wrócić do tamtych dni, chociaż na chwilę i dowiedzieć się jak to faktycznie wtedy było. Książka Berlin 1945. Upadek Antony Beevor’a – brytyjskiego historyka, jest chyba jedną z najlepszych publikacji na temat ostatnich miesięcy istnienia III Rzeszy i zakończenia II wojny światowej w Europie. Pozycja ta rozpoczyna się od styczniowej ofensywy wojsk radzieckich i kończy się w chwili upadku Berlina. Autor tej książki opowiada o zatwardziałym fanatyzmie i odwadze, niesamowitemu poświęceniu i okrutnej zemście. Pozycja ta została skrytykowana przez rosyjskich historyków, którzy stwierdzili, że książka ta jest kłamstwem i opisuje radzieckich żołnierzy jako zdziczałe azjatyckie hordy. Beevor chciał żeby rosyjscy historycy podeszli bardziej obiektywnie do materiałów, które znajdują się w ich archiwach i zrewidowali mit heroicznej Armii Czerwonej, wyzwalającej wschodnią część Europy w 1945 roku.
***
Dzięki tej książce mamy okazję poznać drogę marszu zwycięskiej Armii Czerwonej, która spłynęła krwią nie tylko żołnierzy, ale i napotkanej przez nią ludności cywilnej. Los żołnierza, czy cywila niewiele znaczył zarówno dla Stalina podejmującego strategiczne decyzje w Moskwie i Hitlera zamkniętego w bunkrze przy Wilhelmstraße 77. Opis wydarzeń z bunkra Führera zapada w pamięci. Hitler, który był kompletnie oderwany od rzeczywistości, wydawał nieskoordynowane rozkazy, skazując ludność cywilną i resztę armii na pewną śmierć. Chciał on umrzeć razem z Berlinem i tak się stało, 30 kwietnia 1945 roku, w leju po bombie przy bunkrze popełnił samobójstwo.
***
Beevor koncentruje się również na wyjaśnieniu motywów Józefa Stalina, który był gotowy poświęcić każdą liczbę żołnierzy, by zdobyć Berlin przed aliantami zachodnimi. Stalin panicznie bał się postępów armii amerykańskiej, wietrząc spisek w każdym jej ruchu. Paranoicznie podchodził również do własnych żołnierzy wykorzystując agentów Smierszy do ścigania „szpiegów” i „wrogów ludu” siejących defetyzm. Generałowie radzieccy tracili tysiące żołnierzy i sprzętu w rywalizacji o to, który z nich pierwszy dotrze do Berlina żeby zatknąć czerwoną flagę na budynku Reichstagu.
***
Książka ta odsłania wstrząsające opisy zbrodni, morderstw i gwałtów, dokonywanych przez żołnierzy Armii Czerwonej na ludności cywilnej. Mamy również okazję poznać elementy wewnętrznej walki o wpływy w otoczeniu Adolfa Hitlera o to, kto po jego śmierci przejmie władzę. Tak, więc jesteśmy świadkami dekadenckiego końca Berlina, totalnego upadku moralnego żołnierza i okrutnego oblicza wojny, która nie oszczędzała wtedy nikogo.
***
Warto sięgnąć po książkę, w której autor wykorzystał wiele niepublikowanych dotąd relacji świadków oraz dokumentów udostępnionych przez różne archiwa.
Antony Beevor
Berlin 1945. Upadek
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: Znak
EURO 2012 impreza, która z założenia jest stricte sportową, przeistoczyła się w niezrozumiałą wojnę. Sacrum, pojmowane jako przejaw ducha sportowego współzawodnictwa, zostało wypchnięte przez histeryczne pokrzykiwania oburzonych polityków, nie mówiąc o kibicach. Cokolwiek nie jest związane bezpośrednio z piłką nożną to w tym przypadku należy wspomnieć o sukcesie "Jarzębiny", zespołu folklorystycznego, który podzielił gusta Polaków skocznym utworem "Koko Euro spoko". Okazało się, że część Polaków głosując na „Koko Euro spoko” pokazała, jak wygląda ich poczucie humoru. Pozostali rwą włosy z głowy i biadolą nad tym wyborem, że to obciach i kompletna wiocha. Socjologowie już zaczęli przeprowadzać badania na ten temat, a dziennikarze rozpisują się o rozchwianych gustach Polaków. W tym momencie spytam się złośliwie, która z dziesięciu zaprezentowanych propozycji "potencjalnych przebojów" wybranych przez widzów była lepsza? Nad czy się zastanawiać, co tam, przynajmniej mamy utwór, który promuje w Europie polski folklor i kulturę. Ponadto jest to przynajmniej piosenka stadionowa, a nie jakaś tam poezja śpiewana. Ale wychodzi no to, że wstydzimy się naszego plebejskiego ducha narodowego, jakbyśmy byli jakimiś "paniskami", czy też o mało co szlachtą nie wiadomo jakich lotów. Nie pieńmy się i traktujmy to z przymrużeniem oka bo nie ma czego się wstydzić.
***
Prawa strona sceny politycznej, czyli grupa Jarosława Kaczyńskiego (a tak właściwie on sam) – najbardziej prawdziwego i polskiego Polaka, chce bojkotu EURO 2012. Fakt ten uzasadnia sytuacją jednej pani – byłej premier Ukrainy Julii Tymoszenko, skazanej na karę więzienia, dodam, że za przekręty, o których mało kto mówi. Jarosław zapomniał, że sam nie tak dawno temu z kolegą Zbigniewem Ziobro, też chciał część polskiej sceny politycznej umieścić za kratkami. Ale wiadomo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli komuś zależy na pogłębianiu przepaści z państwami zza wschodniej granicy Polski to nic na to nie poradzę. Ukraina ewoluuje i jest teraz w kluczowym momencie przed wyborami i politycy pokroju Jarka powinni naciskać na reformy i demokratyzację tego kraju, a nie tylko gadać o bojkocie mistrzostw, które z założenia nie mają nic wspólnego z relacjami Polski, Unii Europejskiej i Ukrainy. Okazuje się, że jednak EURO 2012 to dobre narzędzie do robienia polityki. Niestety wykorzystywanie sportu do osiągania celów politycznych nigdy nikomu za dobrze nie wychodziło, zarówno sportowcom, jak i politykom. Jarosław Kaczyński wychodzi z założenia, że sport jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami.*
***
Do tej zadymy wokół EURO 2012 dołączył się również Jan Tomaszewski – niegdyś członek reprezentacji Polski, krytycznie odniósł się do składu kadry narodowej, która zagra na EURO. Jego stwierdzenie, że "w reprezentacji, w koszulce z białym orłem grali jeden Francuz i dwóch Niemców, którzy grali już dla Francji i dla Niemiec" i "odbierają naszym, prawdziwym Polakom" miejsce w reprezentacji jest postawą rasistowską i objawem chamstwa. Wspomnę jeszcze, że Tomaszewski powiedział też, że nie będzie kibicował polskim piłkarzom na Euro 2012. Tego nie warto komentować, ale powiem, że za czasów nieżyjącego już Kazimierza Górskiego był on gwiazdą polskiego futbolu, ale zmienił trenera i to niestety widać.
***
Jakkolwiek mówiąc piłka jest w grze... a my Polacy się kopiemy.
*Carl von Clausewitz, teoretyk wojny powiedział, że "Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”.
***
Na zakończenie i na przekór wszystkim posłuchamy sobie Koko Euro spoko, jak ma być wesoło to jest...
Jak wcześniej zapowiedziałem temat obozu koncentracyjnego w Gusen wraca ale w nieco innym kontekście. Udało mi się dotrzeć do publikacji z 2007 roku autorstwa Rudolfa A. Haunschmieda, Jana-Ruth Mills'a oraz Siegi Witzany-Durda pod tytułem St. Georgen-Gusen-Mauthausen. Concentration Camp Mauthausen Reconsidered. Niestety nie została ona jeszcze przetłumaczona na język polski, ale kto wie może pewnego dnia ukaże się na naszym rynku księgarskim. Dla zainteresowych podpowiem, iż fragmenty tej pracy są dostępne jako Google-Book St. Georgen-Gusen-Mauthausen (link).
Autorzy tej książki w pierwszych rozdziałach starają się przedstawić uwarunkowania lokalne, a także nastroje społeczne mieszkańców St. Georgen, Gusen, Mauthausen i Lagenstein oraz politykę III Rzeszy (m.in. Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych SS), dotyczącą lokalizacji kompleksu obozowego Mauthausen-Gusen.
Istotnym faktem jest to, iż autorom udało się w szczegółowy sposób opisać sytuację polityczną w Górnej Austrii w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, czyli okresie w którym kiełkował nazizm. Zobrazowali oni nastroje i stopień poparcia idei nazistowskich przez Austriaków, a także przedstawili tabele z wynikami wyborów do parlamentu oraz władz lokalnych w latach 1923-1930. Interesujące jest to, że wyniki z przeprowadzonych wyborów wskazują dosyć niskie poparcie dla nazistów w St. Georgen oraz Lagenstein – około 6%. W tym czasie w Wiedniu naziści mieli około 10% poparcie. Autorzy powołując się na sytuacje polityczną w Górnej Austrii po Anschlussie i nastroje społeczne nieprzychylne partii nazistowskiej obalają tezę o rzekomym nagradzaniu społeczności lokalnej poprzez umiejscawianie na tym terenie obozów koncentracyjnych w Mauthausen i Gusen. Daje to nowe światło na sytuację społeczną ówczesnej Austrii.
Przyłączenie Austrii do Wielkich Niemiec, które zostało poparte w referendum z 1938 roku przez 99.73% Austriaków należy ponownie zrewidować, patrząc na upływ czasu wydawałoby się, że jest to niemożliwe. Jakkolwiek mówiąc, wcześniej bo w 1934 roku, Adolfowi Hitlerowi zaraz po objęciu władzy w Niemczech nie udała się pierwsza próba Anschlussu. Sądzę, iż świadczyło to o dużej jeszcze autonomii tego kraju. Niestety po czterech latach, 12 marca 1938 roku, Wehrmacht wkroczył do Austrii, gdzie następnego dnia ogłoszono podpisaną przez Hitlera ustawę, na mocy której włączono Austrię do Wielkiej Rzeszy jako Marchię Wschodnią. Sądzę, iż wniosek jest prosty - referendum zostało sfałszowane.
Istota jest również pozycja Kościoła katolickiego na tych terenach. W książce przytoczona jest postać urodzonego w Górnej Austrii biskupa Linzu Johannesa Marii Gfoellner`a, który odmówił podpisania konkordatu pomiędzy austriackim Kościołem katolickim, a państwem nazistowskim. Żeby zobrazować tragizm czasów przedwojnia spomniana jest również szokująca dla austriackiego Kościoła postawa arcybiskupa Wiednia kardynała Theodora Innitzer`a, który współpracował z nazistami. 14 marca 1938 roku kardynał Innitzer w hotelu Imperial w Wiedniu wraz z innymi biskupami podpisał deklarację popierającą Anschluss Austrii. Tekst deklaracji Innitzera brzmiał mniej więcej tak:
Wielce szanowny Panie Gauleiterze!
Przesyłam załączone oświadczenie. Przekona ono Pana, że my, biskupi dobrowolnie i bez przymusu wypełniliśmy swój narodowy obowiązek. Wiem, że z oświadczenia tego wyniknie dobra współpraca.
Łączę wyrazy głębokiego poważania i Heil Hitler!
Kardynał Theodor Innitzer *
W kwietniu 1938 roku, żeby uczcić urodziny Adolfa Hitlera, Innitzer zarządził żeby we wszystkich austriackich kościołach wywiesić flagę ze swastyką oraz bić w dzwony i modlić się za Hitlera. Myślę, iż ta sytuacja świadczyła o naiwności i ślepej wierze w słowa Hitlera.
Przestawione fakty oddają w pewnym sensie kontekst społeczno-polityczny, nie wspominając o ówczesnych sprawach społeczności lokalnych.
Dla zrozumienia powstania obozów koncentracyjnych w Mauthausen i Gusen dodam, iż istotne dla nazistów było również to, iż ulokowanie i funkcjonowanie obozów w tych miejscowościach miało uzasadnienie ekonomiczne, z uwagi na bliskość zakładów przemysłu zbrojeniowego - o których wcześniej pisałem.
***
To co przedstawiłem jest tzw. „pigułką wiedzy” ale i układanką, którą pewnie z czasem da się rozszerzyć i uzupełnić, co pozwoli obiektywnie przeanalizować i odpowiedzieć sobie na pytanie - jak rzeczywiście było w tamtych czasach? Z drugiej strony jest to też sygnał tego, że wydarzenia z dnia 1 września 1939 roku były nieuniknione... W kolejnych wpisach postaram się opisać inne ciekawe wątki z tej książki.
***
Zachęcam do posłuchania niezwykłego (i długiego) utworu zatytułowanego Toczy się koło historii autorstwa Józefa Skrzeka, o ile pamiętam z 1979 roku, przy którym można się rozpłynąć...
Trochę się opuściłem w temacie muzycznych nowości, ale udało mi się zdobyć arcyciekawy i niezwykle klimatyczny album zatytułowany Not the weapon but the handSteve Hogartha oraz Richarda Barbieriego. Album został wydany w lutym tego roku i według mnie już można go zaliczyć do (mojego) kanonu muzyki progresywnej. Może przesadzam, ale w tej chwili płyta ta leży najbliżej odtwarzacza i często w nim ląduje. Powiem krótko - genialne granie, sama przyjemność. Dla niewtajemniczonych na początek polecam utwór A Cat With Seven Souls oddający chyba najlepiej klimat tego albumu. Wielka radość dla mnie ponieważ niczym déjà vu usłyszałem znajome dźwięki z płyt Marillion, czy też Porcupine Tree... Płyta ta idealna jest na wieczór. Muzyka minimalistyczna a śpiew jest bardzo delikatny, czasem przyjmuje formę melorecytacji przynoszącej niesamowity efekt. Nie każdy lubi nudzenie i senne granie, jednak barwa głosu Hogartha jest stworzona do tego rodzaju muzyki. Polecam, sądzę, że najbardziej oporni wymiękną...
Dla przypomnienia Steve Hogarth zastąpił w Marillion charyzmatycznego szkockiego wokalistę Fisha, który w 1988 roku upuścił grupę i rozpoczął karierę solową. Natomiast Richard Barbieri to klawiszowiec znany z grup Japan i Porcupine Tree.
***
Ostatnio z przyjemnością wróciłem do dwóch albumów rozwiązanej w 2011 roku amerykańskiej grupy R.E.M.Document z 1987 roku oraz Accelerate wydanego 21 lat później. Szkoda, że panowie z R.E.M. zakończyli karierę ale przynajmniej pozostawili ciekawy dorobek, który bez wątpienia zainspiruje nie jednego i za sto lat. Muzycy z R.E.M. potwierdzili fakt, iż amerykanie też potrafią grać i nie mają się czego wstydzić, o czym świadczy utwór Finest Worksong z albumu Document. Autorzy tekstu utworu Finest Worksong w przewrotny sposób zachęcają słuchacza do zmian... A oto pierwsza zwrotka:
The time to rise has been engaged
You're better best to rearrange
I'm talking here to me alone
I listen to the finest worksong
Your finest hour
Your finest hour...
Ustalono odpowiedni czas, żeby powstać
Dobrze będzie, a najlepiej jeśli dokonasz zmian
Mówię to tutaj sam do siebie
Słucham najlepszej piosenki roboczej
Twój najlepszy czas
Twój najlepszy czas...
Im cieplej, tym dalej od komputera i innych urządzeń technicznych. Na szczęście odkurzyłem klawiaturę i wróciłem do wirtualnego świata. Początek maja to czas uniesień patriotycznych, a także zapachu grillowanej kiełbaski i innych przysmaków z ognia. Nie wspominając o szumie lejącego się do trzewi piwa. Można powiedzieć, że jest wspaniale.
***
I wszystko byłby w porządku gdyby nie wydarzenia i cała ta histeria związana z Euro 2012. Nie jestem przeciwny temu wydarzeniu, jednak proszę o więcej umiaru. Jesteśmy świadkami zbrodni dokonanej przez pijarowców i marketingowców. Komercja przeobraziła patriotyzm i stworzyła podwalinę pod "przemysł patriotyczny", który jest skoncentrowany wokół piłki nożnej. Tak więc czapki, banery, szaliki, kubki i wszelkiej maści gadżety zostały oblepione na biało-czerwono, z orłem w tle. Przez tę gadżetomanię można odnieść wrażenie, że oglądanie meczu i kibicowanie polskiej drużynie jest jedynym wyznacznikiem patriotyzmu. Dodam, że kompania piwowarska sponsoruje śpiewanie hymnu narodowego. W szkołach pewnie zapomniano o nauce Mazurka Dąbrowskiego... tak więc spece od piwa zajęli się tym tematem. Pewnie ktoś wyszedł z założenia, iż przy piwie lepiej się śpiewa. Oto mamy patriotyzm w pełnej krasie. Z tego można wywnioskować, że bez alkoholu nie może się odbyć impreza sportowa, nie wspominając o podkreśleniu swojej tożsamości narodowej... taki narodowy surrealizm.
***
Z drugiej strony władze państwowe, na mocy ustawy, musiały zmusić Polski Związek Piłki Nożnej do tego żeby symbol narodowy znalazł się koszulkach. Na zaprezentowanych w ubiegłym roku strojach, w których Polska drużyna miała wystąpić podczas Euro 2012, znalazły się logo PZPN oraz producenta. W tym wszystkim zabrakło tradycyjnej naszywki z orzełkiem. Oburzenie wśród kibiców, sportowców a nawet polityków odniosło skutek i ostatecznie orzełek wrócił na reprezentacyjne stroje.
***
Reasumując my jako naród żyjemy w schizofrenii, bowiem symbole narodowe są na naszych oczach zniekształcane i przetwarzane na produkty z pchlego targu, nie mówiąc o tym, że trzeba co niektórych zmuszać do tego by reprezentacja narodowa nosiła barwy narodowe. To woła o pomstę do nieba. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć i tyle. Życzę sobie i wam wszystkim tego, żeby flaga i hymn towarzyszyły nam Polakom, nie tylko od święta ale na co dzień i w nieco poważniejszym wymiarze. Jakkolwiek mówiąc nie odmawiajcie sobie piwa i kiełbasek, jak świętować to świętować...
***
Warto odświeżyć sobie utwór Nie Pytaj O Polskę Obywatela G. C. i odpowiedzieć sobie na kilka pytań zadanych przez autora tego przeboju z 1988 roku.
W ostatnią sobotę była niezła pogoda, tak więc skorzystaliśmy z tego faktu i wypuściliśmy się w kierunku Osowej Góry. Co ciekawe 21 grudnia 1908 roku powstała tam wieś niegdyś funkcjonującego pod nazwą Hoheneiche – Wysokie Dęby. Podziwialiśmy las, wyłączoną z użytku linię kolejową oraz jakieś tam obiekty wojskowe... niestety ogrodzone.
***
W czasie II Wojny Światowej od 1939 do 1945, w tym lesie zlokalizowane były tajne zakłady zbrojeniowe, które funkcjonowały pod nazwą Luftamunitionsanstalt 1/II Bromberg gdzie hitlerowcy produkowali rakiety V-1.
***
Oczywiście ja tam jeszcze wrócę… jak na razie kilka fotek ze spacerku.
***
Status Quo z Wielkiej Brytanii przypomni nam stary ale nadal wspaniały przebój In the Army Now z 1986 roku.
Dodam jeszcze, iż jest to cover grupy Bolland and Bolland, który powstał w 1981 roku. Dla fanów rocka lat osiemdziesiątych XX wieku przypomnę, że w oryginalnej wersji utworu In the Army Now w wykonaniu Status Quo słychać glamrockowca Noddiego Holdera wokalistę innej brytyjskiej kapeli Slade, wykonującego właściwie jeden ale wbijający się w pamięć wers – Stand up and fight.
Inna historia to wykonanie tego utworu przez słoweńską grupę Laibach, która gra rocka industrialnego. Utwór ten znalazł się na albumie pt. NATO z 1994 roku, zawierającym covery utworów o tematyce wojennej – zainspirowanym wydarzeniami wojennymi w Bośni i Hercegowinie.
W 2009 roku ten utwór został wykorzystany przez francuską grupę Les Enfoirés jako Ici Les Enfoirés. Niemiecka grupa Fee w 1987 roku wykonała In the Army Now w swoim ojczystym języku, jako Du mußt zur Bundeswehr.
Jak na razie polskiej wersji jeszcze się nie dorobiliśmy, ale kto wie...
Zrobiłem sobie detoks od oglądania w telewizji wszelkich programów informacyjnych, a także czytania czegokolwiek związanego z polityką w Internecie, wytrzymałem prawie dwa tygodnie. Nie powiem, że wróciłem do nałogu, ale co tam, trzeba utrzymywać kontakt z rzeczywistością, bo człowiek może skończyć jak Korea Północna, czy też Albania w latach siedemdziesiątych XX wieku. Na szczęście czas ten wypełniłem czytaniem książek i wręcz nałogowym oglądaniem w kablówce programu National Geographic. Pożytecznie czas spędzony, ale jak wspomniałem trzeba wrócić do rzeczywistości…
***
Druga rocznica katastrofy smoleńskiej wywołała we mnie niesmak. Niejaki Jarosław K., człowiek uzurpujący sobie prawo do nazywania go wielkim patriotą, wykrzykuje, że walczy o to, żeby Polska stała się w końcu państwem wolnych Polaków. Jednym słowem ten człowiek wzywa do politycznego dżihadu, tylko mam pytanie – czyją on wiarę chce wzmocnić? Wychodzi na to, że swoją. Jakkolwiek mówiąc czuję się jeszcze wolny, choć pewne rzeczy mi się nie podobają… ale nie mam zamiaru oddawać się wolności w proponowanym wydaniu.
Wspomniane słowa Jarosława padają podczas wiecu w Krakowie na Wawelu, przy grobie pary prezydenckiej. Cóż modlitwę i skupienie zastąpił wiec polityczny. Jest to żenujące i poniżej jakiekolwiek poziomu, bowiem wykorzystywanie miejsca pochówku do celów politycznych – czyli zdobycia władzy, nie jest na miejscu. Cóż polityka w wydaniu wodza Jarosława jest grą emocji służąca do zdobycia władzy. Jestem politykiem, czyli człowiekiem, który z natury rzeczy powinien zabiegać o władzę - to słowa wypowiedziane przez Jarosława K., dnia 18 kwietnia 2012 roku, w drugą rocznicę pogrzebu brata i jego małżonki, zdradzają jakie są jego intencje. Ślepo dążyć do władzy i wywoływać jakąś rewolucję ta są główne cele wodza partii.
Szczerze to ja dziękuję za jakiekolwiek rewolucje w wydaniu Jarosława i jego ekipy. Dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005-2007 ukazały poziom i zaangażowanie tej partii w życie społeczne i ekonomiczne Polski. Ekipa Jarka, oczywiście za jego przyzwoleniem, ingerowała w każdą dziedziną życia, pozostawiając za sobą absoluty nieład. Dodając to tego mieli zamiar budować IV Rzeczpospolitą na dość niezrozumiałych i chwiejnych podstawa. Na szczęście założenia, jakie przyjęli, nie spełniły się. Jednak da się zauważ, iż nadal ślepe dążenie do władzy bezkrytycznie akceptuje część polskiego społeczeństwa.
Wiadomo, każdy ma swoje przekonania, ja powiem krótko dziękuję politykom dążącym do władzy poprzez wykorzystywanie śmierci innych ludzi. Niestety mam wrażenie, że za rok w trzecią rocznicę katastrofy, jeśli politycy oraz dziennikarze nie opamiętają się, to będziemy świadkami powrotu do intensywnych debat na temat smoleńskiej tragedii oraz ponownego inicjowania tak zwanego politycznego konfliktu, a także pomysłu na „lepsze państwo” wg Jarosława K.
***
Podsumowując zacytuję fragment Listu o tolerancji Johna Locka po prostu wydaje się rzeczą koszmarną, jeżeli ludziom w tak jasnym świetle mrok oczy przesłania.
*** Closterkeller w jakże sugestywnym utworze Władza.
Wracamy do końca II Wojny Światowej i obozu w Gusen. Z korespondencji Brytyjczyka Johna Cartera (o nim wcześniej pisałem) kierowanej do podpułkownika M. W. Keach'a, dowódcy Gusen pod amerykańską jurysdykcją, można dowiedzieć się o więźniach internowanych w obozie Gusen, których dane zostały przekazane do kwatery głównej dowództwa 11 Dywizji Piechoty, jako recydywistów. Byli to owiani złą sławą obozowi kapo i nie tylko. Funkcja ta była pełniona przez więźniów w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Prawdopodobnie słowo kapo wywodzi się ze skrótu określenia Kameradenpolizei, czyli w policja koleżeńska, jakkolwiek mówiąc nie ma jednoznacznej etymologii tego słowa. Jedno jest pewne, iż kapo był więźniem pełniącym funkcje dozorcy innych więźniów. Na funkcje kapo wybierano często kryminalistów i sadystów. Kapo cieszył się wieloma przywilejami. Za pełnioną funkcję otrzymywał dodatkowe porcje żywności. Miał bardzo dużą władzę nad podległymi więźniami. Kapo praktycznie był bezkarny, bowiem za pobicie, odebranie jedzenia bądź zabicie więźnia nie groziły mu żadne kary.
***
Tak jak udało mi się ustalić pismo Cartera było z dnia 17 maja 1945 roku, czyli napisał on je kilka tygodni po wyzwoleniu obozów Mauthausen i Gusen. Carterowi udało się zebrać dane o 23 obozowych kapo i kierownikach obozu. Wszystkich postaci nie będę przedstawiał, sądzę, iż warto skupić się kilku osobach, które w pewien sposób oddają obraz terroru jaki panował we wspomnianych obozach koncentracyjnych. Dla kontrastu autor wspomnianej korespondencji opisał także osoby pełniące funkcje kapo, które nie wyrządzały tak okrutnych krzywd jak inni.
***
Ludwig Schlammer był recydywistą, przed wybuchem wojny został skazany przez niemiecki wymiar sprawiedliwości na wieloletnią karę więzienia. Był on jednym z najbardziej okrutnych kapo w obozie, odpowiedzialny za śmierć wielu osób. Gusen opuścił w 1943 roku, został przeniesiony do innego obozu. Tak właściwie to ślad po nim zaginął. W liście Cartera ktoś dopisał długopisem - "powinien zostać znaleziony".
***
Niejaki Walter Junge był kapo od budownictwa i murarstwa. Tak zwani "chronieni ludzie" pracowali w jego komando. Również jak poprzednik był niezwykle okrutny w traktowaniu ludzi, a także odpowiedzialny za śmierć dziesiątek osób. Na początku 1945 roku przed końcem wojny został przymusowo zaciągnięty do Volkssturmu. Jego oddział został zdemobilizowany i zdążył on opuścić obóz przed dotarciem wojsk amerykańskich. Carter zaznaczył w swojej korespondencji, iż należy go odnaleźć.
***
Nieznany z imienia Matucha, kapo nadzorujący budowę obozu w 1940 roku był nie lepszy od wspomniany powyżej. Brutalny i niezwykle psychopatyczny osobnik, odpowiedzialny także za śmierć wielu więźniów. W 1941 roku przeszedł do obozu w Mauthausen. Zmarł w 1943 roku w dosyć okrutny sposób, zanim został zabity esesmani napuścili na niego psy. Prawdopodobnie został on zabity na zlecenie, z uwagi na fakt, iż był zbyt brutalny co niezbyt podobało się władzom obozu. Kierownik obozu w Mauthausen esesman Bachmeyer, również odpowiedzialny za śmierć wielu osób, osobiście umierającego od ran Matuchę wykończył.
***
Również nieznany z imienia Niemiec Wolf, był kapo przez kilka miesięcy, a następnie przez dłuższy czas był szefem jednego z bloków więziennych. Zasłynął z niezwykłej brutalności, został wybrany na nadzorowania nowego bloku więziennego w obozie Gusen II. Został zabity przez więźniów jak tylko wkroczyły wyzwalające obóz wojska amerykańskie.
***
Morren (lub Morrent), również był odpowiedzialny za śmierć wielu osób. W 1943 roku wysłano go do innego obozu, prawdopodobnie do Wiednia, mogły to być również Neustadt lub Neudorf. Z informacji uzyskanej od świadka, Polaka niejakiego Józef W. (pełne nazwisko nie zostało ujawnione w korespondencji) wynika, że podczas ucieczki z obozu Morren został schwytany przez esesmanów i rozstrzelany.
***
Byli również kapo tacy jak Niemiec Gercken, który był szef bloku więziennego oraz tak zwanym lager kontrolle, na początku dosyć szorstki w stosunku do więźniów, jednak pomagał uwięzionym. Wiele osób potwierdziło fakt, iż nie zamierzał uciec przed wojskami amerykańskimi, jak i też więźniowie oszczędzili podczas samosądów. Gercken opuścił obóz podczas nadzoru wojsk amerykańskich. Prawdopodobnie przed wybuchem wojny spędził około dwadzieścia lat w niemieckim więzieniu.
***
Karl Horcika (lub Horcićka) obozowy Kapo – od sprzątających oraz cieśli. Odpowiedzialny za śmierć wielu osób. Był przesadnie okrutny. Opuścił obóz z oddziałem Volkssturmu, trzy tygodnie przed nadejściem wojsk amerykańskich. Carter w tym przypadku zaznaczył, iż niezwykle ważne było schwytanie jego i osądzenie. Jak udało mi się ustalić Karl Horcicka, został schwytany przez Aliantów i osądzony 10 października 1947 roku w jednym z procesów załogi Mauthausen-Gusen przed Amerykańskim Trybunałem w Dachau, za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości popełnione w czasie II wojny światowej na obywatelach narodów alianckich (Stany Zjednoczone przeciwko Karl Horcicka i inni, zbrodnie popełnione w okresie od 1 stycznia 1942 do 5 maja 1945 roku).
***
Kolejny przypadek to Johann van Lösen, przez długi czas był obozowym kapo, prawdopodobnie był odpowiedzialny za śmierć kilkuset więźniów, więcej niż wyżej wymienieni Kapo razem. Specjalnością jego było mordowanie więźniów, poprzez topienie swoich ofiar nawet w wiadrze wody. Dzięki swojej brutalności został wybrany na lidera nowego obozu Gusen II. Na jednym z forów internetowych udało mi się ustalić, iż w nocy z 21 na 22 kwietnia 1945 roku w Gusen II van Lösen wraz z więźniami Zygmuntem Zapartem i Feliksem Jakubowskim zamordowali łomem i siekierą około 600 chorych i słabych więźniów. Uciekł on dzień przed przybyciem wojsk amerykańskich. Carter i w jego przypadku wskazał, iż niezwykle istotne byłoby schwytanie tego człowieka.
***
Wugenig Richard – przez okres około 5 lat był na stanowisku Ober Kapo kamieniołomów w Gusen. Stanowisko to otrzymał dzięki swojej bezwzględności i okrucieństwu w stosunku do więźniów. Był on odpowiedzialny za śmierć wielu ludzi. Krótko przed przybyciem aliantów uciekł z obozu, został jednak schwytany i zabity przez więźniów tego obozu.
***
Kolejny zbrodniarz Lipinski był kapo przy kamieniołomach, następnie Ober Kapo przy budowie linii kolejowej z Gusen do St. Georgen. Również bezwzględny, jak wyżej wymieniani, odpowiedzialny za śmierć wielu więźniów. W 1943 roku przeniesiony do innego obozu. Nie wiadomo jakie były jego dalsze losy.
***
Następny kapo wymiony przez Cartera - niejaki Kern, był szefem stolarni, w której budowane były cele więzienne. Dla świadka Józefa W. Kern nie był źródłem do narzekań. Carter również potwierdza ten fakt, nadmienia, że był on bardzo porządnym Niemcem i nie uciekał się do złego traktowania więźniów.
***
Hermann Amelung, jeden z najgorszych osobników.Carter nie chcąc pewnie się powtarzać zaznaczył jedynie, iż zabił on wielu ludzi. Podczas oswobodzenia obozu, został stracony przez więźniów, również okrutnie jak on ich traktował.
***
Niemiec Bruno Weidemann o pseudonimie Meta, przez krótki czas był kapo w krematorium. Był niezwykle okrutnym człowiekiem, przyczynił się do śmierci wielu więźniów. Przez władze obozu został on specjalnie wyselekcjonowany do pracy w drugim obozie – Gusen II, w krótkim czasie zginęło tam sporo ludzi. Cechą charakterystyczną owego Mety było to, że był wytatuowany od stóp do głów. Widziano go jeszcze w czasie wyzwolenia obozu, od tamtej chwili jednak zniknął. Nie wiadomo czy udało mu się uciec czy też został on stracony przez więźniów.
***
Emil Sommer, przez wiele lat kapo w obozowym szpitalu. Uczynił wiele dobrego w obozowym szpitalu, pomagając więźniom, kiedy tylko było to możliwe. Jest pewne, że nikt nic nie miał w stosunku do niego do zarzucenia. Co ciekawe Carter skomentował, że dobrze z nim się znał i szanował, jednak nie pałali sympatią do siebie, ponieważ Sommer był Brytyjczykiem, który popierał idee socjalizmu... a sam Carter nie.
***
Heinrich Roth przez krótki czas był szpitalnym kapo, znany był z zabijania więźniów poprzez wstrzykiwanie trucizny w żyły więźniów. Zmarł w 1941 roku, nie podano przyczyny śmierci, prawdopodobnie mógł umrzeć od zastrzyku w ramach zemsty, jednak nikt nie potwierdził tego.
***
Helmut Becker pochodził z Hamburga trafił do Gusen z Mauthausen, głównego obozu. Przez krótki czas, w 1941 roku, był kierownikiem obozu. Bardzo okrutny, odpowiedzialny za śmierć wielu więźniów. Został skazany na śmierć za kradzież złota oraz innych wartościowych przedmiotów. Został on zlikwidowany przez SS w 1943 roku.
***
Karl Rohrbachener (Rohrbacher), w 1941 roku został wysłany z Mauthausen do Gusen, po śmierci poprzednika Beckera, pełnił przez krótki okres obowiązki kierownika obozu. Nikt w tym czasie nie narzekał bądź cierpiał z jego powodu, traktował on ludzi dosyć dobrze. Przyczynił się do zmniejszenia kar, jakie dotykały więźniów każdego dnia. W maju 1945 roku był jeszcze w Mauthausen, co wynikało z uzyskanych informacji, reprezentował więźniów wspierających nowe ówczesne austriackie władze.
***
Carter na zakończenie swojej korespondencji zaznaczył, iż materiał został zebrany dzięki Panu Józefowi W., więźniowi polskiej narodowości, który był aresztowany 11 kwietnia 1940 roku i wysłany do obozu Sachsen-Hausen (od 3 maja 1940 do 4 czerwca 1940), a następnie zesłany do Gusen. Numer obozowy 49630.
Schwytani kapo po wyzwoleniu obozu w Gusen przez amerykańską armię
Nie chcę jeszcze puentować tego tematu ponieważ będę nie raz wracał do historii Gusen i Mauthausen, ale warto spojrzeć na ten temat również z socjologicznego punktu widzenia i przeanalizować sposób funkcjonowania obozów koncentracyjnych wewnątrz, tj. stosunki (nazwijmy je jeszcze) społeczne. Jak układała się hierarchia wewnątrz obozu dobrze opisuje jedna z książek Stanisława Grzesiuka Pięć lat kacetu.
***
Tak dla zadumy i refleksji to zachęcam do posłuchania Pink Floyd i jakże pięknego utworu High Hopes.
W poniedziałek wielkanocny zapuściliśmy się do Leśnego Parku Kultury i Wypoczynku w Myślęcinku. Wśród budzącej się do życia natury niestety rdzewieje już zapomniana atrakcja turystyczna – Myślęcińska Kolej Parkowa.
***
Ponad pół roku temu spaliła się cała lokomotywownia wraz ze znajdującymi się w niej dwoma lokomotywami i częścią wagonów. Od tego czasu ruch na linii został wstrzymany, a 29 września 2011 roku podjęto decyzję o jej likwidacji. Jestem zdziwiony, że zdecydowano się na takie rozwiązanie, sądzę, że szansa na reaktywację tej kolejki byłaby możliwa przy przychylności władz miasta Bydgoszczy, a także grupie ewentualnych sponsorów i pasjonatów kolei wąskotorowej. Co ciekawe w Polsce zbudowano 1090 lokomotyw typu WLs50, w tym te dwie z Myślęcinka...
***
Żeby było do rytmu to polecam Kraftwerk i jak najbardziej w temacie utwór Trans Europa Express z 1977 roku.
Sprawa emerytur i dłuższej pracy, a także zamieszanie wokół ACTA, nie wspominając o reszcie, w jakiś sposób pobudziła niemrawe polskie społeczeństwo. Efektem troski rządu o lepsze życie obywatela tego kraju miała być debata nad codzienną egzystencją przeciętnego Kowalskiego. Niestety społeczeństwo zostało na lodzie... jak zwykle. Temat co Kowalski ma wrzucić do garnka, jak opłacić rachunki oraz wychować dziecko został odłożony i zastąpiony "ciekawszymi". Dyskusja prowadzona przez "elity polityczne", które nie potrafią przedstawić jakiegokolwiek konstruktywnego rozwiązania, przeskoczyła na inne tory. Nie wspominając o tym, iż owa "elita" jawnie i w perfidny sposób dusi jakąkolwiek inicjatywę oddolną. Po wszystkich tych aferach, sądziłem, że dojdzie do większego otwarcia ze strony rządu i opozycji w kierunku społeczeństwa. Zamiast chęci rozmowy i zaproszenia do niej, postawiono mur. Fasadą tego muru są politycy od lewej do prawej strony oraz - nie wiadomo co (kogo) reprezentujące - związki zawodowe żyjące legendą lat osiemdziesiątych XX wieku. Zamiast konkretnych rozwiązań ze strony opozycji i nieszczęsnych związków zawodowych to można tylko usłyszeć populizm oraz demagogię. Czasami, jak słyszę pewne argumentacje, to czuję się jakbym żył w średniowieczu. Zarówno w przypadku ACTA oraz przyszłych emerytur, jak zwykle, nie ma gwarancji, czy zaproponowane rozwiązania mają sens i przełożenie na rzeczywistość ekonomiczną i społeczną. Według mnie w sprawie emerytur Donald Tusk i Waldemar Pawlak bali się szerszego dialogu i uratowali swoje stanowiska i wpływy, a reszta to rzecz wtórna. Wracając jeszcze do umowy ACTA to na początku kwietnia Komisja Europejska wysłała tę umowę do Trybunału Sprawiedliwości UE, żeby wyjaśnił związane z nią obawy. To jest efekt protestów setek tysięcy ludzi w Europie... zamiast odrzucić umowę to teraz politycy i urzędnicy będą udowadniać merytorycznie bełkot korporacyjnych hien. Komisarz ds. handlu Karel De Gucht wezwał Parlament Europejski, by z głosowaniem nad kontrowersyjnym porozumieniem poczekał na ocenę Trybunału. Wydanie opinii może zająć co najmniej rok. Czyli następna sprawa, która nie wiadomo jak się skończy...
Efektem tego wszystkiego jest to, że "elity" się dogadały a reszta jak zwykle ma figę z makiem. Jakkolwiek mówiąc Machiavelli zdobył sławę wiodąc, iż rządy nie powinny podlegać tym samym ograniczeniom moralnym co jednostki. Niestety jest to ciągle aktualne, rządzący żeby utrzymać władzę muszą prawo moralne łamać... jednak warto czasami pomyśleć dlaczego została podjęta taka decyzja a nie inna.
***
Nieco pesymistycznie ale winę zrzucam na pogodę. Tym razem Myslovitz i utwór Sprzedawcy marzeń...
***
A tak w ogóle to owcy, kozy czy baranka, prezentu od zająca z samego ranka, święconki jadalnej, pisanki nie banalnej, dyngusa bardzo mokrego i czasu radosnego.
Koniec marca... początek kwietnia, miały być inne plany, a tu pada śnieg, grad, deszcz i inne cuda z nieba. Jakkolwiek mówiąc człowiek jest zmuszony do siedzenia w domu, no bo gdzie tu się ruszyć... Na szczęście w taniej książce zaopatrzyłem się w kilka książek, a także, co najważniejsze zrobiłem porządek (częściowy) na półkach z płytami. Muszę przyznać, że ma to swoje dobre strony, bowiem udało mi się dzisiaj znaleźć nieco zapomniany przeze mnie film dokumentalny na DVD zatytułowany Rattle and Hum, który opowiada o irlandzkiej grupie U2. Dokument ten jest z 1988 roku i powstał on krótko po tym jak U2 nagrało niezwykle ważny album The Joshua Tree. Z perspektywy czasu album ten zakończył pewien etap rozwoju tej grupy. Nikt wtedy jeszcze nie spodziewał się, że kilka lat później powstanie zupełnie odmienny stylistycznie album Achtung Baby na nowo definiujący brzmienie irlandzkiej grupy. Ale to inna historia, o której jeszcze napiszę, bo jest niewątpliwie o czym...
***
Rattle and Hum, czyli po polsku Szczęk i warkot (tak prawdopodobnie, o ile pamiętam, przetłumaczył ten tytuł Wojciech Mann) dokumentuje trasę koncertową U2 po Stanach Zjednoczonych, promującą wspomniany wcześniej album The Joshua Tree. Jest to niezwykła opowieść, która niewątpliwie odbiega od pewnych standardów, jakie obowiązują w dokumentalnych filmach muzycznych. Oprócz bogatej i na swój sposób różnorodnej warstwy muzycznej mamy również okazję poznać Amerykę lat osiemdziesiątych XX wieku. Odkrywamy na nowo dlaczego ćwierć wieku temu Ameryka zafascynowała chłopaków z U2. Dodam iż nie ma mowy o American Dream, lecz o miejscu będącym zlepkiem różnych kultur i odmiennych idei. Tak więc nie tylko wywiady i koncerty, ale co ważne inne spojrzenie na społeczeństwo amerykańskie i jego kontakty z kulturą, zarówno tą masową, jak i lokalną, w pewnym sensie folklorem. Mamy również okazję poznać korzenie muzyki bluesowej i rockowej zbliżające do siebie Irlandczyków i Amerykanów. O swoich irlandzkich korzeniach kulturowych i muzycznych nie zapominają również chłopacy z U2, czyli Bono, The Edge, Adam Clayton i Larry Mullen Jr. Jesteśmy świadkami zbliżenia dwóch kultur w sposób niezwykle naturalny bez jakiegokolwiek patosu. Po prosu słowa, obraz i dźwięk. Bez przesadnego upolitycznienia opowiadają o ówczesnych problemach Irlandii Północnej, a także o podłożu wrogości między Anglikami i Irlandczykami, spotęgowanej różnicami religijnymi. Wracają do czasów klęski głodu ziemniaczanego jaki dotknął Irlandię i spowodowanej nim wielkiej emigracji do Ameryki w latach 1845 - 1850. Przy tych historiach, eksplorując amerykańską muzykę, przypominają, czy też na nowo definiują, czym jest Ameryka i jacy są Amerykanie. Wspaniałym hołdem jaki oddaje U2 muzyce bluesowej jest zagrany wspólnie z B.B. Kingiem utwór When Love Comes to Town. Świetna poruszająca muzyka, która na swój sposób jest nieśmiertelna. Kolejny utwór o którym warto wspomnieć w tej chwili to I Still Haven't Found What I'm Looking For wykonany w stylistyce muzyki gospel, kolejny ukłon oddany wielokulturowej Ameryce przez U2. Słuchając tego utworu i nie tylko tego daje się odczuć, że dzięki fascynacji Ameryką zespół dokonał pewnego transferu kulturowego nie traBelfast, cąc przy tym tożsamości. Sądzę, iż jest to wspaniały znak czasu, bowiem pomimo niezwykłego komercyjnego sukcesu jaki odniósł wtedy album The Joshua Tree, chłopaki z Irlandii nie poddali się owej komercji. Z innej strony Bono i jego grupa w utworze Bullet the Blue Sky widzą Amerykę w innych barwach, krytykują ją za udział w konfliktach zbrojnych. Do napisania tego utworu zainspirowała ich interwencja zbrojna Stanów Zjednoczonych w Salwadorze. Obraz Ameryki nie oślepił naszych bohaterów, obok zachwytu nad różnorodnością i wielokulturowością, pojawia się także krytyka elit politycznych rządzących wtedy Ameryką, a zwłaszcza rządami Ronalda Reagana. Jeszcze warto wspomnieć o Where the Streets Have No Name, gdzie Bono porusza problem wewnętrznych podziałów i hierarchizacji społeczeństwa w stolicy Irlandii Północnej, Belfaście. Dochód mieszkańca i jego status społeczny można było ocenić po nazwie ulicy, którą zamieszkiwał... czy to czegoś nie przypomina?
***
Reasumując, czasami warto odbyć taką podróż sentymentalną w przeszłość i bez zażenowania oddać się refleksji, a przy tym posłuchać dobrej muzyki... polecam.
***