Mój blog traktuję jako płaszczyznę komentowania otaczającej mnie rzeczywistości, a także jako pewną formę eksperymentu, zabawy oraz pamiętnika. Można tutaj poczytać o tym co mnie interesuje, inspiruje i irytuje.
Zapraszam.
Nazwa bydgoskiej dzielnicy Szwederowo pochodzi z czasów potopu szwedzkiego, nawiązuje również do legendy wydanej w 1935 roku przez Wincentego Sławińskiego w zbiorze Babia Wieś, z legend podmiejskich starej Bydgoszczy.
Widok szwedzkich oddziałów podziwiających staropolską Bydgoszcz ze wzgórz Szwederowa uwieczniona
przez Erika Dahlbergha na sztychu wykonanym na podstawie jego szkicu z 1657 r.
Gdy szwedzki potop zalał Polskę, mnożyły się wszędzie grabieże, choroby i nieszczęścia. Polacy mieli
Reforma administracyjna z 1998 roku powołała do życia województwa, których niektóre nazwy nie do końca przedstawiają nazwę regionu. Choć przed reformą bez wątpienia było jeszcze gorzej. I tak według niektórych regionalistów obecne województwo łódzkie powinno być województwem łęczycko-sieradzkim. W przypadku tego województwa to nie ma co się łudzić, że jest to sztuczna i wymuszona nazwa. Każdy regionalista pewnie powie(działby), że nie było, nie ma i nie będzie nigdy ziemi łódzkiej. Historycznie jest tam ziemia łęczycka, ziemia sieradzka, ziemia rawska (Mazowsze), ziemia wieluńska i ziemia opoczyńska (ziemia sandomierska czyli Małopolska). Pytanie,co ma to wspólnego z nazwą tego województwa? Niewiele, a nawet wcale.
Proponowany podział administracyjny kraju na 12 województw Źródło: paluki.tv
Nie ma jak klasyka odkryta na nowo. Warto czasem zaskoczyć samego siebie i wrócić do twórczości Alana Parsonsa... tak więc witamy w 1982 roku chyba najbardziej znanym longplayem zatytułowanym Eye In The Sky.
Nasi wracają z defilady w Warszawie. W tym czasie przelatywali nad Strzelnem. To co widać na zdjęciach to śmigłowce Mi-24, latające czołgi Polskiej Armii, powracające do swojej jednostki...
Album od którego rozpoczęła się moja przygoda z Vangelisem to Albedo 0.39 wydany w 1976 roku. Longplay ten był zgrany z płyty winylowej na kasetę magnetofonową TDK.
Moi idole lat dziewięćdziesiątych Tomasz Beksiński oraz jego ojciec Zdzisław doczekali się mocnej i cholernie zapadającej w głowie biografii, a w pewnym sensie portretu nie do końca zwyczajnej rodziny ale... Magdalenie Grzebałkowskiej udało się przybliżyć fascynujących, niestety odległych już i niedostępnych ludzi.
&&&
"Portret podwójny" to książka, w której autorka podjęła się fascynującej próby nakreślenia sylwetek ojca i syna: Zdzisława Beksińskiego i Tomasza Beksińskiego. Żadnego z nich nie trzeba nikomu przedstawiać, ich postacie od dawana wywoływały i wciąż wywołują emocje, zarówno swoim nieprostym życiem, jak i śmiercią, która obu przysiadła na lewym ramieniu.
Pierwszy był znanym i modnym malarzem, którego mroczne i straszne obrazy wręcz zmuszały do zastanowienia się nad przerażającymi zakamarkami ludzkiej psychiki. Drugi był cenionym prezenterem muzycznym, który fascynował się śmiercią i próbował popełnić samobójstwo tak długo, aż wreszcie mu się udało. Obaj już za życia intrygowali i wzbudzali kontrowersje. Jednak o rodzinie Beksińskich zaczęto mówić z rodzajem straszliwej grozy dopiero wtedy, kiedy śmierć dotknęła również słynnego ojca. Zdzisław został zastrzelony w swoim mieszkaniu.
Chociaż książka jest rodzajem podwójnej biografii, to w gruncie rzeczy osią opowieści nie są ani artystyczne fobie, obsesje i natręctwa Zdzisława Beksińskiego, ani też muzyczne pasje, kariera i sława Tomasza Beksińskiego. W jednej z warstw autorka rzeczywiście opowiada o zawieranych przez Zdzisława i Tomasza przyjaźniach, skomplikowanych i zawiłych relacjach uczuciowych, w jakie wchodzili, o ich trudnych charakterach, które ułatwiały wyłącznie jedno: fascynację mrokiem i śmiercią. O ile Zdzisław był w stanie w swoim malarstwie zawrzeć i niejako przekroczyć ciemne krajobrazy, w których poruszała się jego dusza, to Tomasz dał się im ogarnąć.
Autorce udało się stworzyć zapadającą na długo w pamięć opowieść o miłości, szaleństwie i śmierci, z których najważniejsza jest miłość. Opowieść o miłości niełatwej, skomplikowanej, która bardziej dzieli niż łączy. Opowieść o jej poszukiwaniach i nieuświadomionym lęku, że nigdy nie uda się jej odnaleźć. O tym, że kochać nie zawsze znaczy umieć być blisko i umieć to okazać. Opowieść o tym, że miłość nie ochroni nikogo przed śmiercią.
Patrząc na to co się dzieje po wschodniej części Europy, jak i oczywiście po zachodniej to należy stwierdzić, że czas paranoi nadszedł. Ludzie pogubili się w interpretacji pewnych zdarzeń i konkluzja jest niestety brutalna... kłamstwo jest podstawą istnienia współczesnego świata. Doświadczamy renesansu nowego średniowiecza.
***
Kto pamięta RSC... to ręka w górę. Podsumowaniem mojej refleksji i tego co doświadczamy każdego dnia będzie utwór Pralnia mózgów z płyty Fly Rock z 1983 roku.
Spośród tysięcy płyt jakie miałem okazję przesłuchać, mniej lub bardziej uważnie, zawsze przebijały się dźwięki nagrane przez Józefa Skrzeka oraz jego grupę SBB. Dźwięki zbyt ambitne i trudne, jak na codzienne słuchanie. Ale wieczór i dobre słuchawki to wszystko zmienia. Nie będę polemizował ze znawcami w temacie dokonań Skrzeka i SBB. Jednak, jak zwykle subiektywnie, muszę zaznaczyć, iż wszelkie grupy pałające się progresywnym graniem mają niezły przykład do naśladowania na wiele lat. Odsłuchując jakiekolwiek nagranie Józefa Skrzeka ma się wrażenie, że każdy instrument ma swoje miejsce i czas, podobnie wokal. Może po latach, ale szczerze przyznaję, że dokonania Pink Floyd i King Crimson odstają od geniuszu muzycznego Józefa Skrzeka. Naraziłem się fanom? To jednego uczy, nie bądź muzycznym ortodoksem. Z tym też wiąże się moje postanowienie noworoczne... więcej polskiej muzyki muszę słuchać... i oczywiście ją doceniać.
***
Tak więc realizujmy już te postanowienie... Koncert Żywiołów... dla wytrwałych ;)
Chwilę mnie nie było, a raczej parę miesięcy... co zrobić efekt pracoholizmu...
***
Jakie moje spostrzeżenia na dzień dzisiejszy? Ze smutkiem stwierdzam, że niestety armagedon nadszedł i to do tego wszystkiego w postaci Jarka Kaczyńskiego. Ów premier premierów, niewybrany, acz prawdziwy prezydent narodu nie zostawił nam ani jednego normalnego dnia, w którym można by coś uczcić bez jego udziału. Syndrom 10 kwietnia uderza niczym wirus i zakłóca kolejne ważne daty. 4 czerwca, 11 listopada i 13 grudnia zostały odarte z godności, tudzież normalności. Nowa symbolika zaśmieciła przestrzeń publiczną. Istny syf, kiła i mogiła. Mam nadzieję, że zbliżające się święta nie będą jednak pod znakiem gwiazdy Jarka i jego kaczej ferajny wspieranej przez kibolskie i moherowe kohorty...
***
A co w muzyce u mnie gra? Coraz częściej lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Duch Morrisona i Hendrixa nie daje spokoju. W wolnej chwili w odtwarzaczu lądują pyszne kawałki, jakże doskonałej klasyki. Cokolwiek by nie powiedzieć to klasykę pozostawmy klasyce i niech tak zostanie.
Tym razem podzielę się równie klasycznym, acz ciągle tworzącym muzykiem, jakim jest niejaki Gary Numan, ojciec chrzestny synth popu. Jego wokal jest niezwykle charakterystyczny i zapadający w pamięć. Co ciekawe ma on wystąpić w Polsce w ramach trasy Splinter Tour, promującej najnowszą płytę Splinter (Songs From A Broken Mind). Jego (nieco) pokręcone dźwięki i niesamowity głos krąży za mną od pierwszych audycji Tomka Beksińskiego w radiowej Trójce od jakichś dwudziestu lat. Kawał czasu... Tak więc zapraszam do odsłuchania nowego dzieła mistrza... koncertowo.
Bałtyk ma swoje uroki, szczególnie przy lekkiej fali. Neptuna nie spotkaliśmy, ale baterie zostały naładowane... nawet udało nam się troszkę bursztynu morzu wyrwać... takie mamy wrażenie.
***
Wracając do moich ulubionych klimatów, niekoniecznie wakacyjnych, to z głośników wydobywają się dźwięki piosenki The Weight grupy Editors... czuć nutę lat '80 i '90, delikatny cień Joy Division, New Order i U2 w tle, czyż nie jest to przyjemne. Płyta The Weight Of Your Love jest czwartym albumem Brytyjczyków, który robi na mnie wrażenie z uwagi na różnorodność tekstową i muzyczną. Cokolwiek by nie powiedzieć to mocno mnie uderza wspomniany gotycki i nieco mroczny The Weight, potwierdzenie tego, za co Editors lubię...
I w kwiatach i w ptakach Zatrzymam część lata Na rok, na miesiąc, na dzień I w ramki oprawię, do wody ją wstawię Zatrzymam letnią zieleń! I w ramki oprawię, do wody ją wstawię Zatrzymam letnią zieleń! Hej, dogonię lato!
...tak brzmi ostatnia zwrotka piosenki Hej, dogonię lato! grupy 2+1. Choć nie byłem wielkim fanem tego zespołu, to jednak muszę przyznać, że teksty ich piosenek w pewien sposób odzwierciedlają stan mojego ducha.
^^^
Lato niestety mija. Czas leci, a człowiek się ociąga. Tyle się dzieje, że trudno o aktualny i sensowny komentarz do otaczającej mnie rzeczywistości. W pewnym sensie, wiele historii się powtarza i nie ma co do nich wracać... chyba, że faktycznie coś mnie zirytuje. Jak zwykle jest ten sam wzór zachowania i te same gęby w polityce. Irytujące przyznacie. Rewolucji (chyba) nie będzie...
^^^
Na szczęście okres wakacji był owocny pod względem muzycznym i z tego powodu chcę się podzielić swoimi wrażeniami... Odsłona pierwsza... zespół który mnie nie zawiódł to oczywiście Depeche Mode z nowego albumu Delta Machine w utworze Welcome to My World...
Odsłona droga... White Lies to takie moje małe odkrycie sprzed kilku lat, cokolwiek by nie powiedzieć to chłopaki słuchali klasyki lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, m. in. Joy Division i nie tylko. Utwór Getting Even z nowego longplaya BIG TV...
No i trzecia odsłona. Nieśmiertelny Black Sabbath... jeszcze nie legenda. Pomimo zaawansowego wieku członków tego zespołu to można odnieść wrażenie, że chłopaki teleportowali się lat siedemdziesiątych za pomocą jakiegoś startrekowego urządzenia do dzisiejszych czasów. Muzyka z przesłaniem, Ozzy Osbourne wręcz krzyczy, że heavy metal nie umarł. Faktycznie nie umarł, a ma się do tego bardzo dobrze... Zapraszam na ucztę... oczywiście klasycznie podaną w utworze End of the Beginning.
Jakiś czas temu (może z pół roku temu) odkopałem kilka kaset magnetofonowych z utworami polsko-norweskiej eksperymentalnej kapeli rockowej Holy Toy, niestety magnetofon odmówił posłuszeństwa i nie uciągnął taśmy. Na szczęście jest YouTube i kilka innych internetowych rozwiązań. Dzięki temu dotarłem do płyt Warszawa z 1982 roku oraz Panzer and Rabbits z 1984 roku, które to od czasu do czasu wrzucam do odtwarzacza. Muzyka do łatwych nie należy, ale dla mnie miłośnika brzmień lat osiemdziesiątych jest to miód na uszy. Pierwszy raz Holy Toy i głos Andrzeja Dziubka usłyszałem gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych w jednej z nocnych audycji radiowej trójki. Nagrań tej kapeli szukałem kilka dobrych lat, aż trafiłem w liceum na kogoś kto miał dosyć mocno zużytą kasetę Stilon... Szum kasety, nomen omen niskoszumowej, był przesadny ale zawartość tak kultowa i porywająca, że te niedogodności nie były wręcz słyszalne. Liczył się klimat i wysiłek poświęcony na poszukiwanie nagrań.
Jakkolwiek mówiąc to rzucę trochę historii. Jak wspomniałem kapela Holy Toy została założona w Norwegii w 1982 roku przez Andrzeja Dziubka, emigranta z Podhala. Ta awangardowo-eksperymentalna grupa przez niespełna siedem lat swojego istnienia, zarejestrowała kilka znaczących dla muzyki nowofalowej albumów, jak Warszawa, Panzer and Rabbits, Pact of Fact. W 1990 roku grupa zawiesiła działalność, a Andrzej Dziubek skoncentrował się na innym projekcie muzycznym, równie intrygującym, znanym pod nazwą De Press... ale o tym innym razem.
Dziubek wraz ze swym partnerem, z awangardowej formacji When, Larsem Petersenem, namieszali na scenie rockowej i otworzyli wiele nowych muzycznych przestrzeni dla muzyki improwizowanej, industrialu, jak i elektronicznej awangardy. Pierwszy album zatytułowany Warszawa jest uważany w Norwegii, a mniej niestety w Polsce, za kultowy. Dodam, iż nagrany został jako bunt przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Dziubek i Petersen zdobyli w latach osiemdziesiątych niesamowity rozgłos w Europie. W Polsce niestety było dosyć słabe zainteresowanie, a szkoda... Co ciekawe Holy Toy występował na jednej scenie obok Nicka Cave'a oraz dość mrocznego i specyficznego - również kultowego The Swans. Niedawno bo w 2011 roku Holy Toy został reaktywowany, a w tym roku wyszła nowa płyta Psychic Overdrive.
Cokolwiek by nie powiedzieć Holy Toy ciągle intryguje, zarówno warstwą muzyczną, jak i tekstową. Polecam utwór Marmur z płyty Warszawa...
Ad kilku tygodni jesteśmy świadkami niezwykle obrzydliwej i żenującej walki o zasługi... historyczne. Czy jest to potrzebne? Tradycją narodową jest niedocenianie innych. Nie ma co się oszukiwać jesteśmy doskonali w opluwaniu i obrzydzaniu życia zarówno sobie, jak i innym. Po co ma ktoś mieć lepiej ode mnie. Zdanie, które padło z ust Lecha Wałęsy, że Krzywonos nie ma mózgu, a Borusewicz ma mnie przeprosić, obrazuje jak nasze elity politycznie zżerają się nawzajem, niczym bezmyślne wampiry i zombie. Polityczna żółć i jucha wypłynęła na wierzch. Teraz mamy okazję posmakować tego co nam nawarzono.
^^^
^^^
W tym przypadku, nieważne - kto ma rację, kto kłamie, kto milczy, kto stoi po stronie prawdy. Dyskusja jest na tak niskim poziomie, że jest to po prostu przykre, iż doszło do takiego skundlenia się. Zawsze wydawało mi się, że tamta prawdziwa Solidarność to była przede wszystkim praca zespołowa. Zarówno sam strajk jak i wszystkie późniejsze wydarzenia były efektem tego, że wszyscy działali razem i mieli jasno określony cel, a w starciu ze zjednoczonym społeczeństwem komuna nie miała szans. Niestety po 33 latach szuka się na silę równych i równiejszych. Dla mnie to nienormalna pomyłka.
^^^
Cholernie mi się to nie podoba, ale cokolwiek by nie powiedzieć to należy oddać zasługi Lechowi Wałęsie za tamten czas. Bez cienia wątpliwości jest on symbolem tamtych czasów. Jak zwykle zaczynam mieć obawy znane z czasów jego prezydentury i zadaję sobie pytanie co on znowu chlapnie... Patrząc na to wszystko co Wałęsa robi, odczuwam, że jest on ciągle rozgoryczony faktem, iż nie stanowi on w dzisiejszych czasach centrum polityki. Dzięki temu zszedł na tak niski poziom debaty.
^^^
Wymownie i na temat utwór pt. 100 000 000 pochodzący z albumu Kazika Spalaj się! z 1992 roku...
Na temat tego utworu wypowiedział się sam Lech Wałęsa, jako Prezydent...
Śpiewa piosenkarz, że: 'Wałęsa oddaj sto milionów' - ja chciałem dać! chcę! Tylko, że oni mi nie pozwalają, a ja nie mogę, bo ja nie mam mocy wykonawczej. Ale to niech ten piosenkarz, który uważa, że on jest inteligentniejszy, to niech pomyśli, że to nie ja. Tylko niech on ostatnią zwrotkę zaśpiewa: 'Pomóżmy Wałęsie zrealizować to', 'Pomóżmy Wałęsie lepiej to zrobić, mądrzej'.Ja nie mówię..to jest wprost niezbyt mądre, ale w samym założeniu mądre.